Jagger's Jogger

Kończy się powoli mój sezon festiwalowy. W tym roku po latach przerwy znów bardzo aktywny.

Jeden dzień w Jarocinie.

Całkiem udane, szczególnie, że spontaniczne...

"Ej, Cichy, jedziesz na ten Jarocin (na ADF)? To wpadnij po mnie pod uczelnie, bo skończyłem egzaminy... ale na 8:00 rano mam nastepne ;) "

Trafilismy na kawałek Lao Che, który niespecjalnie mnie interesuje, o czym utwierdziłem się kilka tygodni później. Peter Murphy bez rewelacji. Chyba nie kumam tego gatunku... nie pasowało mi, szczególnie z tym nieciekawym dla mnie i nieco fałszującym wokalem. Zaczęła się nasza klątwa... deszcz lał niemiłosiernie przez jakieś pół godziny. Przeszło. Git, żyjemy i bawimy się dalej. Następny koncert Strachy na lachy zapowiadał tragedie, ale okazał się tylko słaby. Na szczęście, zamiast znienawidzonych przeze mnie "hitów" tegoż zespołu w wykonaniu marnego w tym repertuarze Grabaża, pojawiło sie na scenie wielu równej jakości wykonawców (Renata Przemyk, Tomak Kłaptocz, Budzyński i inni). Zagrali coś co nazwali "Zakazanymi piosenkami", czyli swego rodzaju The Best Of Jarocin of the '80's. Słabiutkie nowe aranżacje, kiepska kapela, różni wokaliści - ogółem słaba średniawka. No i ta Siekiera w wersji disco-pop... blah!.

Na koniec długo oczekiwane Asian Dub Foundation. Nie wiem kto wpadł na pomysł zaproszenia takiego rodzaju muzyki na Jarocin. Nie istotne też, czy to tam pasuje. Pewnie nie, ale my akurat tam pojechaliśmy głównie na ASD, a nie na sam odgrzewany festiwal. Grali świetnie. Od razu poruszyli całą publikę. Wszyscy różnie wyglądający, o różnych subkulturach, ortodoksi i "kindery" - ogółem wszyscy tańczyli przy tych elektronicznych dźwiękach, które niektórzy "tru-Jarocinowcy" nazwaliby jakąś techniawką. Bardzo dobra gra, przy bardzo dobrych beatach podchodzących nawet pod drum'n'bass zakończona rewelacyjnym Fortress Europe w ulewnym deszczu. Deszcz - klątwa, która dopiero się miała rozpocząć - towarzyszył nam jeszcze przez 3km drogi do samochodu... by przy samym parkingu zniknąć.

Przystanek Woodstock

Po 4 lub 5 latach przerwy znów dotarłem na "Udstok". Nowe miejsce, nowe realia, mniej ludzi, więcej młodych (albo to ja już taki stary jestem). Nie zmieniło sie jednak za dużo. Klimat wciąż wspaniały. Miłość, przyjaźń, muzyka, rock'n'roll jest jednak wciąż aktualne. Jeden z tych festiwali, gdzie jedzie się nie tylko dla koncertów swoich ulubionych wykonawców, ale też dla klimatu. Poznaliśmy wiele ciekawych osób, które bym chętnie pozdrowił, ale tego i tak przecież nikt nie czyta :D

Muzycznie różnie, czyli jak zwykle. Znaleźć można coś dla siebie i jest na co pomarudzić. Lao Che po raz kolejny, ale pierwszy w całości. Nie, to nie dla mnie. Niby czasem fajnie, ale jednak nudno. No i jakoś tak dziwnie... mam się bawić przy tekstach o Powstaniu Warszawskim i jego tragediach? Świetny natomiast koncert Lipali. Pierwszy młynek na Przystanku miałem więc zaliczony. Gdy do naszych uszu dobiegł Nóż z repertuaru Illusion, to już zrobiło się na prawdę ciasno pod sceną. Wielu było wykonawców, wiele było ciekawych osób, wiele wydarzeń, ale nie będę się rozpisywał. dodam tylko, że Vader nieźle, ale nagłośnienie do dupy, a Kreator jakoś tak groteskowo i bardziej mnie raczej rozśmieszyli.

Najlepszym koncertowo dniem okazała się niedziela. Tylko 3 koncerty, ale za to jakie. Acid Drinkers jak zwykle "skopali nam dupy", co można pięknie ujrzeć oglądając ich cały koncert na YouTube. Ściana śmierci faktycznie rewelacyjnie prezentuje się w tv. Może gdzieś tam mnie widać ;) Potem wystąpił Clawfinger. Świetny koncert, multum energii. Bardzo entuzjastycznie przyjęci przez publiczność, co widac sprawiło chłopakom bardzo dużo radochy i satysfakcji i grali z ogromną przyjemnością wydzielając megatony poweru. Na koniec gestiwalu wystąpili The Stranglers. Nie byłem specjalnie na nich nastawiony, ale mimo wszystko bawiłem się wspaniale. Klasa. Pozdrawiam wszystkie niewiasty z którymi wiłem się w tym czasie pod sceną ;)

Oczywiście klątwa trwała nadal i ze słonecznego i upalnego Wrocławia pojechaliśmy do słonecznego Kostrzyna by... za chwilę spędzić resztę festiwalu w deszczu :D. Jakby tego było mało, z Udstoku pojechaliśmy nad morze na 2 dni, gdzie zastaliśmy słońce, które zmieniło się szybko w... biały szkwał. Po dwudziestu latach wybrałem się przypomnieć sobie jak wygląda morze i spędziłem tam 2 dni w deszczu, z atakiem sinicy i zielonych glonów, które opychały od wody swym zapachem i zabarwieniem wody na zieleń butelkową. Mimo wszystko było świetnie i nie zraziło nas to ani na chwilę. Po prostu ekipę miałem świetną i tu pozdrowienia dla kuzyna i dla Cichego! :)

OFF Festiwal

OFF jest niesamowitym festiwalem. Byłem tam po raz pierwszy i już wiem, że na pewno nie ostatni. Jest to ten rodzaj festiwalu, gdzie nie przyjeżdża się na koncerty swoich ulubionych wykonawców. Jedzie się tam by poznać nowych, o których niedługo będzie można powiedzieć ulubieni. Nie jedzie się tam też dla klimatu, bo takowego tam prawie nie ma. Głównie dlatego, że nie ma na to czasu. Czas koncertowy jest tam upchany na styk. Koncerty odbywają się na 3 głównych scenach (Główna, Leśna i Offensywna) i 2 małych (Structura Experimental i MySpace). Koncerty na tych 3 pierwszych są zorganizowane tak, że gdy jeden wykonawca kończy grać na jednej, to na drugiej zaczyna następny, a na trzeciej już szykuje sie następny. Nie ma praktycznie odstępów czasowych między koncertami, dzięki czemu można było pomieścić tak licznie artystów w 2 dniach imprezy.

Nie dojechaliśmy na początek, przez co straciliśmy 2 ciekawe pozycje: Kawałek Kulki, który potem nadrobiliśmy nieco na scenie MySpace i Budyń i Sprawcy Rzepaku, którego szkoda mi najbardziej. Dojechalismy za to na Homo Twist, który z czystym sumieniem pominęliśmy, bo nie pasował nam ani na tą chwilę, ani do tego festiwalu. Po rozłożeniu namiotu we wspaniałym miejscu w ogródku u przemiłych gospodarzy (mieliśmy 100x bliżej do terenu koncertów niż z oficjalnego pola biwakowego) poszliśmy na Lutosphere. Wspaniała muzyka, świetny klimat, ale głód wygrał i nie mogliśmy zostać do końca. Skończyliśmy jeść, by zdążyć na połowę koncertu zespołu Muchy, który wypadł fajnie, bardziej mi się podobało niż na płycie, jednak bez szału. Jednak poszalałem z przyjemnością na Miasto Doznań. Żeby przyspieszyć nie będę opisywał wszystkich wykonawców, bo jest ich za duzo, a także nie na wszystkich byliśmy.

Najbardziej oczekiwanym przeze mnie koncertem był Dick4Dick i już wiem czemu. Kapela, która odkryłem stosunkowo niedawno rozgniotła mnie koncertem. Było rewelacyjnie i uważam to za jedno z najlepszych wydarzeń tego OFFa. Wychodząc z pierwszych rzędów pod sceną byłem cały mokry i szczęśliwy.

Hey jak zwykle ostatnimi czasy nie zawiódł, ale nie zachwycił. Za to efekty świateł w połączeniu z ich spokojnymi utworami zaczęły mi momentami kojarzyć się z Pink Floyd. Respekt. Kasia zakończyła koncert mówiąc, że biegną na Caribou. Trudno o lepszą rekomendacje następnego koncertu. I tak się na niego wybierałem, więc podążyliśmy w stronę sceny leśnej. Tam stanąłem osłupiały widząc, że perkusja, a raczej półtorej perkusji stoi wystawione na przodzie sceny, a gitara i bas schowane z tyłu. Po chwili zrozumiałem czemu. Muzyka Caribou jest piękna, dość spokojna można by powiedzieć. Wolno zmieniające się przesterowane akordy i wysoki wokal tworzą piękne melodie, ale to wszystko wzmocnione przez niesamowite riffy na perkusji daja temu niesamowitą moc. Riffy - tak, to odpowiednia słowo, gdyż nie było to zwykłe odgrywanie rytmu (beat), tylko prawie solówki pałkami. Nie przesadzone jednak, zapętlone dawały mocne poczucie rytmu utworów. Perkusji było 1,5, bo sam Caribou grał raz na gitarze, raz śpiewał, za chwilę chwytał flet i co moment siadał do podstawowego mini zestawu i grał razem z perkusistą. Jedna z najlepszych pozycji całego festiwalu. Po Caribou były koncerty Mogwai i rodzinki Waglewskich, które z racji braku mojej mocy towarzyszyły mi już miło do zasypiania w namiocie.

Drugi dzień festiwalu to kilka porażek, jak np. Izrael '83, który powinien wybrać się na obowiązkową emeryturę, oraz Singapore Sling - niestety, moja radość na ujrzenie kapeli z Islandii szybko się skończyła, gdy zagrali jak ospały Billy Idol. Byli tez znów Lao Che z dokładnie tym samym programem.

Dużo lepiej wypadli The Poise Rite, Bajzel i British Sea Power. Bardzo zaskoczony byłem występem Czesław Śpiewa. Myślałem, że wyjdę po 2 numerach, a tu takie zaskoczenie. Facet jest rewelacyjny i przezabawny. Jego występ zahaczał wręcz momentami o występ kabaretowy. Bardzo dobre wrażenie do samego końca. zupełnie inny gość niż to, jak go widać w tv. Bardzo wielką ciekawostką był James Chance. Wyglądał trochę jak podstarzała biała kopia Jamesa Browna. Podobnie się poruszał choć nie tak dobrze. Muzyka bardzo ciekawa. Choć wokalnie nie podniecał brzmiąc nieco jak stary i trochę fałszujący Van Morrison, to za nim grało fantastyczne funk-jazz (podobno z elementami punk, ale nie dostrzegłem ich).

Po sposobie opisów widać już chyba, że nie mam sił opisywać wszystkiego. Zostawiam to więc. Może kiedyś poprawie lub dopiszę coś choćby o nadchodzącym TommyFest.

Foto

  • Przykładowa miniatura
  • Przykładowa miniatura
  • Przykładowa miniatura

O blogu

Jagger's Jogger lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Żeby edytować ten tekst, przejdź do panelu administracyjnego Szablony > Edytuj szablon i wybierz plik side_omnie.html. Podobnie możesz edytować sekcję Galeria czyli plik side_galeria.html